Cisza w eterze i portfelu. Wiatraki stanęły w najgorszym momencie
Miało być pięknie: zima, szczyt zapotrzebowania na prąd i wiatraki kręcące się na pełnych obrotach, generujące rekordowe zyski. Rzeczywistość na początku 2026 roku brutalnie zweryfikowała te założenia. Farmy wiatrowe zaliczyły bolesne zderzenie z pogodą, a biznesplany wielu inwestorów właśnie trafiają do kosza. Okazuje się, że sroga zima wcale nie sprzyja zielonej energii.
Dlaczego wiatraki stoją, zamiast zarabiać, i czy grozi nam „szwedzki scenariusz” fali bankructw?
Zima stulecia? Nie dla energetyki
Zasada wydawała się prosta: zima to wiatr. Grudzień, styczeń i luty historycznie były dla branży czasem żniw. Tymczasem w tym roku pogoda zagrała inwestorom na nosie. Mroźna aura przyniosła ze sobą rozległe wyże baryczne, a to oznacza jedno – brak wiatru.
Liczby są bezlitosne. W styczniu tego roku średnia produkcja z 1 MW mocy zainstalowanej wyniosła zaledwie 219 MWh. Dla porównania, rok temu było to 310 MWh, a w rekordowym 2022 roku aż 366 MWh. To spadek wydajności o blisko 30 proc. rok do roku.
Zamiast dostarczać 20 proc. energii do polskiego systemu (jak to bywało w poprzednich latach), wiatraki pokryły zaledwie 14,2 proc. zapotrzebowania. Inwestorzy, którzy liczyli zyski na bazie średnich z ostatnich lat, mają teraz spory problem z płynnością.
Szwedzka lekcja pokory. Czy to czeka Polskę?
Sytuacja w Polsce budzi uzasadniony niepokój, gdy spojrzymy na północ. Szwecja, stawiana często za wzór transformacji energetycznej, w latach 2024-2025 stała się cmentarzyskiem dla wielu projektów wiatrowych.
Mechanizm, który pogrążył tamtejsze firmy (m.in. gigantyczną farmę Markbygden Ett), jest prosty i zabójczy. To pułapka kontraktów długoterminowych.
- Farma zobowiązuje się dostarczyć określoną ilość energii po stałej cenie.
- Gdy nie wieje, farma nie produkuje prądu.
- Aby wywiązać się z umowy, właściciel musi dokupić brakującą energię na giełdzie, często po bardzo wysokich stawkach.
- Kupuje drogo, oddaje tanio (zgodnie z kontraktem).
Efekt? Miliardowe straty i restrukturyzacje. W Polsce, przy obecnym spadku produkcji i jednoczesnym spadku cen rynkowych energii (508 zł/MWh obecnie vs 654 zł rok temu), marże inwestorów kurczą się w zastraszającym tempie.
Rachunek zapłacimy wszyscy
Problemy właścicieli wiatraków to jedno, ale niestabilność OZE uderza też w kieszenie zwykłych odbiorców. Skoro wiatraki nie pracują, system musi ratować się rezerwą – głównie elektrowniami gazowymi. A te za gotowość do pracy każą sobie słono płacić.
Koszty rynku mocy (mechanizmu, w którym płacimy elektrowniom za to, że „są” i mogą ruszyć w każdej chwili) rosną lawinowo. W ubiegłym roku było to 6,4 mld zł. Prognozy na kolejne lata mówią już o kwotach rzędu 8,5-9 mld zł rocznie.
Tegoroczna zima to kubeł zimnej wody dla entuzjastów OZE. Pokazuje ona dobitnie, że bez wielkoskalowych magazynów energii i stabilnej rezerwy, system oparty na pogodzie jest nieprzewidywalny i kosztowny. Dla banków finansujących nowe farmy wiatrowe to jasny sygnał: czas jeszcze wnikliwiej przyglądać się ryzyku pogodowemu.


